Bo to nie jest tak, że unikam podróży. Zorganizowanie dobrej wycieczki, której nie brakuje niczego nie graniczy z cudem. Trzeba wiedzieć czego się chce i co chce się zrobić- i tyle. Budząc się rano wiadomo, że trzeba podnieść się najpierw z łóżka, skromnie skrobnąć się po tyłku, ziewnąć, po czym udać się do kuchni. Zainstalować czajnik -bądź to elektryczny, bądź to metalowy napędzany gazem- odnaleźć toaletę, zrobić co trzeba, a potem spokojnie udać się na drugą część wycieczki, na której nie ma już przewodnika w postaci instynktu (po) rannego. Tutaj potrzeba już fantazji bo pojawiają się liczne możliwości, a co za nimi idzie- komplikacje. Kiedy woda spokojnie się zaparzy zaczyna się poranny dramat, bo przecież kawa, herbata czy kakao? A może wcale nie miało się ochoty na ciepłe picie? A czy na pewno spuściłem wodę w toalecie? No przecież pójdę sprawdzić, bo to kawałek! No to lezę, wolno i niechętnie- oczywiście niespuszczone. Staję więc pośrodku przedpokoju i myślę o czym zapomniałem, czego nie sprawdziłem, co jeszcze mam zrobić? W tym czasie stygnie mi woda, marznę i dalej nie wiem czy kawa, czy herbata, czy kakao. A kubek stoi w stołowym, do którego trzeba wrócić. I w ten oto sposób mam przynajmniej cztery wycieczki do sieni, a każda jest jednym wielkim przypadkiem, zaniedbaniem i nerwem w wielkim organizmie poranka.